Sojusz Lewicy Demokratycznej

Blogosfera

Kruki i wrony podrywają się do lotu

Data dodania: 2017-05-28 19:02

Dwadzieścia lat temu Naród zatwierdził w referendum Konstytucję. Nie jest ona idealna, ale nie jest najgorsza – bez dwóch zdań lepsza od również kwietniowej, ale z 1935 r. W potoku dyskusji o obronie Konstytucji lub chęci jej zmienienia przez obecną władzę zupełnie nie jest dostrzegalny mały nurt (a raczej nawet „nurcik”) obywateli, którzy poszli na całość i postanowili zupełnie zaprzeczyć legalności Konstytucji z 1997 roku. Wiem, problem niegodny przejmowania, ale ponieważ przyszło mi się zetknąć z tym tematem, postanowiłem troszkę rozbawić Moich Drogich Czytelników.

Parę tygodni temu pokazano mi filmik, w którym jakiś mężczyzna przyszedł do urzędu gminy. Oficjalnie chciał wyrobić nowy dowód osobisty. Dostał blankiecik i dobre słowo od urzędniczki. Wówczas zapytał ją, czy aby będzie to legalny dowód? Kobieta zrobiła wielkie oczy, a petent zaczął się domagać od niej udowodnienia, że obecne dowody są legalne. W końcu się okazało, że jego zdaniem cała administracja nie jest legalna, całe państwo nie jest legalne i Konstytucja z 1997 roku też nie jest legalna – krótko mówiąc nic nie jest legalne, bo obowiązuje jakiś dekret Prezydenta Mościckiego (który dekret, nie podał, bo pewnie nie wie, że Mościcki podpisał ich mnóstwo).

Rozbawił mnie ten film, więc poprosiłem o więcej. Zostałem skierowany na jakiś tekścik zamieszczony w internecie. Dziewczątko dwadzieścia razy powtórzyło, że ona ma rację, że wszystko jest już udowodnione – wskazuje to na bazar, jako miejsce zdobywania wiedzy przez autorkę, bo tam przekupki ciągłym powtarzaniem, że jajka są świeże przekonują swoich klientów – ale argumentów zero. Według niej udowodniono, że wszystko w Polsce jest nielegalne, bo nie mamy… symboli narodowych! Konkretniej, to Orzeł zawiera symbole masońskie, dlatego jest nielegalny (czy ci ludzie znają w ogóle definicję słowa „legalny”?) Fiu-fiu! Moje rozbawienie znacznie się podniosło. Ale to nie wszystko!

Parę dni temu dowiedziałem się, że – uwaga! – mamy dwóch Prezydentów, z których Andrzej Duda nie jest legalny, bo legalnym jest niejaki Jan Zbigniew Potocki, zwany hrabią. Mesje Hrabia złożył nawet pozew do sądu w Warszawie, by ten orzekł jego – znaczy Hrabiego – prezydenckość. I na czym on opiera swoją lepszość? Otóż, co prawda nie wybrał go Naród, ale za to nominował go na to stanowisko niejaki Mister Sokolnicki z Londynu – swoją drogą mocno nieciekawa to musiała być persona, skoro tacy generałowie jak Anders, Maczek, czy Bohusz-Szyszko przestrzegali przed nim swoich byłych podwładnych… Tak więc Herr Hrabia nie tylko uzurpuje sobie prezydencki fotelik, ale również twierdzi, że w Polsce legalnie obowiązuje jedynie Konstytucja z 1935 roku, bo ta z 1997 roku – nazywana „Kwaśniewską” – nie została przyjęta w referendum… Skoro tak, to sądy też są nielegalne, więc po co do nich poszedł?

Oj, wątków (czyt. bzdur) tyle, że trudno palce włożyć!… A jednak, spróbujmy pognieść temat przez chwilkę. Było to tak… We wrześniu 1939 roku przegraliśmy wojnę obronną, a rząd odważnie dyslokował się za granicę, Naród pozostawiając samemu sobie wraz ze srogim rozkazem, by ów Naród narażał się walcząc z okupantem. Naród walczył, bo wiedział, że zwycięstwo Niemiec zakończy się zupełną likwidacją Polaków. Natomiast ci, którzy znaleźli się za granicą nie zasypiali gruszek w popiele, tylko dbali o swoją przyszłość w powojennej Polsce. Mieli kilka papierków – w tym wszelakie gwarancje sojusznicze – więc do głowy im nie przyszło, że po wojnie może być różnie i ich papiery, pieczątki, ordery i co tam jeszcze mieli w walizkach będzie przedstawiało wartość jedynie muzealną… Wojna się skończyła, w Polsce wprowadzono nowe porządki – w tym uznano Konstytucję z 1935 roku za przeszłość – a panowie w Londynie (w swej większości) nie tylko nie wrócili do kraju, ale także na arenie międzynarodowej przestali być uważani za przedstawicieli Polski. Urząd londyńskiego Prezydenta, czy Premiera stał się jedynie pretensjonalną ciekawostką. Jednakże – ponieważ mowa o Polakach – i o tę pretensjonalność stale toczyły się boje. Np. August Zaleski powołał się na art. 24 Konstytucji i nie ustąpił z urzędu po upływnie siedmioletniej kadencji, którą przedłużył aż do swojej śmierci. Nie wszystkim się to spodobało – bo twierdzić w 1954 roku, że wojna jeszcze trwa, to przegięcie – więc powołali Radę Trzech, która stanowiła konkurencję, opozycję i co jeszcze zechcecie wobec Zaleskiego, a rozwiązała się po jego śmierci – dziwne, ale desygnowanego przez Zaleskiego Stanisława Ostrowskiego uznali za wyznaczonego legalnie… Gdzie konsekwencja, Mości Panowie? Skoro od 1954 roku sprawował waszym zdaniem urząd nielegalnie, to czy nominowanie następcy w 1971 roku mogło być legalne? Nic to! Prezydent Zaleski 24 lutego 1971 nominował Ostrowskiego na swojego następcę, co już następnego dnia zostało opublikowane w Dzienniku Ustaw. Ponad rok później zmarł (7 kwietnia 1972) i nagle się okazało, że niejaki Juliusz Sokolnicki biega po Londynie i wszystkim pokazuje list od Zaleskiego z 22 września 1971 roku, w którym Zaleski mianuje go swoim następcą. To ci zwrot akcji! Cóż, taki liścik – o tej samej (żadnej) mocy prawnej – i ja potrafię sobie napisać. Nikt poważny nie podszedł do tej rewelacji… poważnie. Prezydent Ostrowski po siedmiu latach mianował kolejnego Prezydenta i pieczęć potoczyła się aż do Ryszarda Kaczorowskiego, który 22 grudnia 1990 roku przekazał insygnia władzy wybranemu właśnie na Prezydenta Lechowi Wałęsie. Dla większości Polaków wycieczka się skończyła, ale nie dla samozwańcy Sokolnickiego, który na prawo i lewo, a przede wszystkim za plecami rozdawał nominacje generalskie, ordery, a nawet tytuły szlacheckie. Sam również niczym się nie brzydził, np. przyjął jakieś biskupstwo w Szwecji… Żył długo i też powoływał się na art. 24 Konstytucji, dlatego dopiero pod koniec życia – konkretnie na dwa dni przed śmiercią – wyznaczył Gospodina Hrabiego swoim następcą. Ten nominację przyjął i teraz mami ludzi plastikowym uśmiechem made in Germany i bajeczkami made in Ciemnogród.

Jedną z nich jest to, że Konstytucja z 1997 roku jest nielegalna, bo nie została skutecznie przyjęta w referendum – nie było quorum. Albo wrednie kłamie, albo jest niedouczony (wybieram bramkę nr 1), bo Konstytucja jest jedyną rzeczą, którą przyjmuje się w referendum BEZ konieczności quorum (art. 13 ust 2 ustawy z 29.06.1995 r. o referendum, która wówczas obowiązywała; dziś jest podobnie, art. 79. ust 1 ustawy o referendum ogólnokrajowym z 2003 r.). Musi być jedynie większość wśród prawidłowo oddanych, ważnych głosów. Ile ich będzie nie ma znaczenia dla prawomocności referendum konstytucyjnego. Czyli może być nawet tak, że zagłosują 3 osoby (2 za i 1 przeciw) i referendum będzie prawomocne, a Konstytucja powędruje do podpisu.

Twierdzi, że odwołanie Konstytucji z 1935 roku przez PKWN nie miało mocy prawnej, a wszystkie następne też jej nie odwołały. A Konstytucję Księstwa Warszawskiego ktoś odwołał? Przyznaję, że pytam, bo nie chce mi się sprawdzać, ale przypuszczam, że nikt. Czyli, jest możliwe na tym poziomie rozwoju myślowego, że i ta Konstytucja dziś obowiązuje, skoro nie została odwołana, więc może się zgłosić ktoś, kto poczuje interes w jej wykorzystaniu. Ja natomiast czekam, kiedy któryś z posłów krzyknie w Sejmie „Weto!”, bo Liberum Veto zniosła Konstytucja 3 Maja, która później została obalona, więc jeśli tak podejść do sprawy, to Liberum Veto nadal obowiązuje… Tutaj szturcham również tych, którzy twierdzą, że skoro Konstytucja Marcowa zakazała używania tytułów arystokratycznych, a w 1935 roku została uchylona nową Konstytucją, to tytułów znów można używać – nic podobnego, tytuły zostały zniesione i samo uchylenie Konstytucji Marcowej ich nie przywróciło. Zresztą, przecież te tytuły przyznawali obcy monarchowie, więc jak osoby wycierające sobie gęby Polską i z odrazą wypowiadający się o obcych mogą jednocześnie optować za uznawaniem obcych tytułów?…

Aj, bo rozłażąc się na wątki poboczne, zapomniałem zakończyć sprawę odwołania Konstytucji Kwietniowej. „Rząd Londyński” nie wrócił do Polski na stadzie białych koni. Zamiast nich na czołgach przyjechali ze wschodu inni, którzy nie widzieli potrzeby uznawać Konstytucji z 1935 r. Wyjęli z archiwum Marcową, a po paru latach uchwalili nową. W tej z 1952 roku nie napisali, że uchylają Kwietniową, bo nie było takiej potrzeby – ona dla nich nie obowiązywała już od paru lat. Po co mieli powtarzać coś, co było dla nich oczywiste? Zdając na studia razem ze Świadectwem Dojrzałości nie pokazujemy świadectwa ze szkoły podstawowej, bo jest oczywiste, że podstawówkę mamy zaliczoną. Zmienił się ustrój państwa, zmieniła się i konstytucja.

A swoją drogą, czy miłośnicy Konstytucji z 1935 roku w ogóle ją czytali? Gdyby czytali, to by tak mocno za nią nie wrzeszczeli! Już pomijam to, że autorzy bardziej się zajęli przywilejami władzy, a prawa obywateli rozumieli jedynie poprzez obowiązki, ale jak dzisiaj stosować chociażby art. 51? 100.000 zł to nie jest duża sumka… Wyobrażacie sobie, że za każdym razem, gdy trzeba będzie zadłużyć lub sprzedać nieruchomość państwową wartą więcej, niż 100.000 zł (w praktyce każdą) trzeba będzie uchwalać ustawę?! Powodzenia!

Ale! Nie rozumiem jednej rzeczy. Jeśli ktoś chce twierdzić, że w Polsce na gruncie prawa nic się nie zmieniło od 1939 roku, to nie powinien dostrzegać zmian, które wydają mu się korzystne. Na przykład Don Hrabia twierdzi, że Sąd Najwyższy wydaje wyroki w oparciu o Konstytucję z 1935 r – gdyby mógł jeszcze podać przykłady. Dostrzegł także uchwałę Senatu o tym, że III RP jest kontynuacją II RP – przypominam, że uchwały Sejmu i Senatu nie są w Polsce źródłem prawa, więc był to jedynie akt prestiżowy, a nie legislacyjny. Niestety, on i jego wierni nie dostrzegają masy istotnych kwestii, którym chcą zaprzeczyć – jeśli żadna zmiana nie jest legalna od 1939 roku, to w takim razie mieszkańcy Ziem Odzyskanych niech się pakują, bo ich nieruchomości do nich nie należą. Mało tego! Oni sami (oraz my wszyscy urodzeni po 1939 r.) formalnie nie istnieją, bo skoro administracja nie jest legalna, to wszystkie dokumenty przez nią wydane również są nielegalne, czyli także metryki urodzin. I teraz pytanie do młodzieńca, który nachodzi urzędy i męczy je o ich legalność – a Waszmość sam jesteś legalny? Na jakiej podstawie chcesz dostać dowód osobisty? Jeśli chcesz się upierać przy swoim, to znaczy, że nie istniejesz, bo nie masz czym udowodnić, że się urodziłeś!… Oj, pytania można by mnożyć, tylko problem w tym, że ci ludzie zupełnie nie rozumieją, na co się porywają i jakie skutki ich fiksum-dyrdum może pociągnąć za sobą.

Naprawdę! Studiowanie prawa nie oznacza, że przez pięć lat się tylko pije wódkę. Nie można wziąć ustawę, przeczytać pięć artykułów i myśleć, że już się wszystko wie! Czy z bolącym zębem idziemy do pani w zieleniaku, bo powiedziała, że za 10 zł w pięć minut nam zęba wyleczy, czy jednak pójdziemy do dentysty? Czy po projekt domu pójdziemy do artysty malarza, bo ładnie maluje, czy do architekta? Czy damy kluczyki od samochodu człowiekowi, który nie ma prawa jazdy? Dlaczego więc niektórzy w kwestiach prawniczych chcą ufać oszołomom, którzy nie znają się na prawie?

Zapewne Was dziwi, po co się w ogóle wpakowałem w ten tekst? Czy opis tego cyrku, mający Was rozbawić jest wystarczającą podstawą. Śmiech, to zdrowie, więc i taki powód wystarczy. Jednakże, chciałem też Was umocnić, jeśli traficie na coś podobnego. Tu nie chodzi tylko o to, że oszołom się zoszołomił i plecie bzdury. Oni również nie wiedzą, o czym mówią i wystarczy zadać parę prostych pytań, by stracili rezon – najlepiej publicznie! A czynić to trzeba, bo każda choroba (również umysłowa) jest zakaźna. No, a tak poza tym, trzeba było jakoś uczcić dwudziestą rocznicę Konstytucji, a że przedkładam humor nad patos, więc…

Zobacz profil polityka: Wojciech Rogowski

Komentarze