Sojusz Lewicy Demokratycznej

Blogosfera

Osiołki poszukiwane na parę miesięcy

Data dodania: ponad tydzień temu, 2017-07-14

Drgnęło! Od paru miesięcy zauważalna jest walka rządu z bezrobociem. Trzeba nawet uczciwie przyznać, że jest ona korzystniejsza dla osób szukających pracy, niż ta, którą obserwowaliśmy w wykonaniu poprzedniej koalicji PO-PSL – wówczas walczono z bezrobotnymi, na wszelkie sposoby, starając się ich pozbawiać członkostwa klubowego (czyt. statusu bezrobotnego). PiS podszedł do zagadnienia przyjaźniej dla zainteresowanych, przekazując spore pieniądze na staże, które mają ich wdrożyć w rynek pracy. Od wiosny ruch w interesie jest widoczny w całym kraju – mój towarzysz niedoli z Oświęcimia wyznał mi parę dni temu, że w jego urzędzie pracy wieje pustkami, a zawsze były tam tłumy petentów. W Lublinie nie jest jeszcze tak tragicznie (właśnie przestraszyłem się o los biednych urzędników, którzy mogą stracić pracę, jeśli tendencja się utrzyma i zabraknie w końcu bezrobotnych), ale również przyznaję, że kolejki zniknęły. „Dobra zmiana” w akcji… Tylko, czy rzeczywiście jest dobrze?

Do tej pory na staże polowało się na początku roku (tak do końca lutego), a później fajrant do następnego okresu łowieckiego. „Zwierzyny” było niewiele, więc i trudno było o „licencję”. W tym roku obrodziło na wiosnę, a i ofert sporo. Poza urzędami po darmową siłę roboczą wyciągnął ręce sektor prywatny. Wygląda na to, że „zwierzyna” postanowiła sama „postrzelać”, czyli wykorzystać sytuację, w której państwo płaci za pracę stażysty. Na parę miesięcy dostają pełnowymiarowego, a zarazem bezkosztowego pracownika.

Teoretycznie nic w tym złego, a nawet można pochwalić. Primo, człowiek wdraża się w jakieś zajęcie, zdobywa doświadczenie, a przede wszystkim porzuca nieróbstwo. Secundo, stażysta otrzymuje wynagrodzenie – zgoda, to tylko 3/4 minimalnej pensji, ale zawsze lepiej tyle, niż nic (pod warunkiem, że koszty pracy nie okażą się wyższe). Tertio, kiedy staż się skończy można będzie sobie wpisać do cv kilkumiesięczną przerwę w bumelanctwie i zdobycie nowych umiejętności (może kiedyś ktoś to doceni?).

Jednakże, rodzi się pytanie, czy rzeczywiście „szczęśliwy myśliwy” odczuje to swoje szczęście? Jakie będzie jego podejście do pracy, skoro wie, że po tych trzech, czy sześciu miesiącach wszystko wróci do status quo ante? Czy będzie chciał się wysilać, skoro wie, że to nie wpłynie na dalszą jego obecność w miejscu pracy, bo po skończeniu stażu w najlepszym przypadku ma gwarancję dalszych dwóch, trzech miesięcy na pół etatu i koniec? Może też komuś przyjść do głowy niewdzięczna myśl, że jest wykorzystywany za półdarmo (zwykle jest tak, że największe wymagania mają ci, którzy za bilet nie zapłacili)…

Cztery miesiące temu poszedłem na rozmowę do pewnego biura. Porozmawiałem chwilę z właścicielem, jednakże decyzję miała podjąć nieobecna wówczas pracownica odpowiedzialna za nabór. Ponieważ do dziś nie otrzymałem odpowiedzi, mam czelność domyślać się, że nie zostałem na podstawie cv zaakceptowany. Wczoraj znów dostałem skierowanie do tego samego biura – ponieważ zmienił się adres dopiero, gdy ujrzałem właściciela, zrozumiałem, że to ta sama firma. Tym razem rozmowę sobie odpuściliśmy i tylko zostawiłem cv, by kompetentna pracownica podjęła decyzję… Po wyjściu uznałem, że tym razem wolę, by jak poprzednio nie odezwali się do mnie. Dlaczego? Mam brzydkie, spiskowe podejrzenie! Cztery miesiące temu przyjęli kogoś do pracy na koszt urzędu. Okres stażu się skończył, stażysta wrócił do puli, a oni nadstawili się na strzał kolejnemu myśliwemu, na kolejne trzy miesiące. Ustrzelę to zwierzę, popracuję u niego trzy miesiące i apiać do klubu bezrobotnych? To ja chyba ośmielę się postawić flintę przy nodze bez oddawania strzału…

Jest jeszcze jedna rzecz! Kiedyś gdzieś czytałem, że urząd pracy skierował petentkę do pracy w… burdelu! Zawstydzeni urzędnicy tłumaczyli się później, że nie mają możliwości sprawdzać ofert, a ponieważ bezrobocie hula, to i niewdzięcznością by było zaglądać koniowi w zęby… Ktoś ważny bojowo krzyczał, że to się zmieni! Wspomniany wyżej mój oświęcimski towarzysz na początku lipca został skierowany do pracy w fundacji, która ponoć zbiera pieniądze na chore dzieci. Jego zadaniem jest wydzwanianie po firmach i wyciąganie pieniędzy. Osiem godzin dziennie permanentnie musi dzwonić – już po pierwszym dniu prawie stracił głos. Poza nim jeszcze dwie kobiety tam trafiły, czyli trójka stażystów. Ale w pokoju siedzi ich w sumie sześć osób, bo w fundacji tej już 3 panie pracują. Po tygodniu stan zdobytych pieniędzy przez całą szóstkę opiewał na zawrotną sumę 250 złotych. Kolega teoretycznie może liczyć na etat po skończeniu stażu… Ciekawi nas jednak, kto mu zapłaci pensję? Pomnóżmy te 250 zł razy cztery tygodnie i podzielmy na sześć osób… Nawet na minimalną płacę nie wystarczy, od słowa: w ogóle. A co z owymi dziećmi, na które ponoć zbierają? Podobno ostatnio złapali jakiegoś oszusta, który zbierał na nieistniejące dziecko i wyłudził od społeczeństwa pół miliona złotych… Fachura! Wspomniana szóstka z Oświęcimia nawet na tło dla niego się nie nadaje ze swoimi 250 złotymi. Po pierwszym tygodniu kolega definitywnie stracił głos, poszedł do lekarza i dostał zwolnienie na dwa tygodnie. Lekarz zabronił mu mówić, ale nie zabronił pisać, więc doniesienie do prokuratury drogą elektroniczną już wysłał. Może fundacja nie oszukuje i naprawdę zbiera środki na pomoc dla jakiegoś dziecka, ale lepiej będzie, jeśli fachowcy to sprawdzą, bo pomijając już, że głupio pomagać w przestępstwie, ale zrywać struny głosowe dla złodziei, to już łosiowanie w wersji hard.

Rząd się stara – nie przeczę. Problem jednak w tym, że kiedy się pali śmieci w środku lasu, to można spalić prastarą puszczę… Samotna matka z jednym dzieckiem nie dostaje 500+, jeżeli pracuje na pełny etat (z minimalnym wynagrodzeniem) i przekracza próg dochodowy, który pozbawia prawa do tego świadczenia, a takie zamożne małżeństwo z dwójką dzieci (zarabiające wielokrotność średniej krajowej) już dostaną, mimo że od tego nie zależy ich byt. Zwiększenie środków na staże niewątpliwie jest dobrą ideą, jednakże realizacja tej idei zgubiła podkowę, proch namókł i wyszło na to, że to myśliwi znaleźli się na muszce zwierzyny łownej. Nie dość, że przedsiębiorcy zaczęli to wykorzystywać, bo mają darmowych pracowników, których zmieniają sobie co parę miesięcy jak kalesony, to jeszcze prawdopodobnie korzystają z tego oszuści dla swych paskudnych celów. Cóż, piękne idee często rozbijają się o niedopracowane szczegóły i o to pretensji mieć nie trzeba. Natomiast, należy osądzać wykonawcę, jeśli popełnionych błędów nie naprawia!

Zobacz profil polityka: Wojciech Rogowski

Komentarze