Sojusz Lewicy Demokratycznej

Blogosfera

Zmokła kura

Data dodania: ponad tydzień temu, 2017-07-15

Już od około miesiąca mieszkańcy Lublina, a także wszelkiej maści przyjezdni, mogą podziwiać zrewitalizowany Plac Litewski. Wizytówka naszego miasta prezentuje się niewątpliwie korzystnie, a nowe wodotryski w upalne, parne dnie dadzą nam moc rozkoszy… A no właśnie! Gdybyż jeszcze magistrat był w stanie zapewnić w godzinach miedzy 9:30, a 19:00 – wliczając w to niedziele i święta (przede wszystkim te dnie!) – słoneczną pogodę, byłoby wybornie. Niestety, kompetencje samorządu wobec aury są bezsilne.

Melchior Wańkowicz ponad pół wieku temu oglądał nową Trasę Starzyńskiego, którą mu z dumą pokazywał jeden z inżynierów. Mistrz, owszem, przytakiwał na pełne entuzjazmu opowieści budowniczego i jego wizje przyszłości, jak to matki z dziećmi w wózkach będą tam zjeżdżać z całej Warszawy na poobiednie spacery, a robotnicy po pracy będą przychodzić dla odpoczynku… Przytakiwać – przytakiwał, trud pochwalił, ale jego przenikliwemu oku nie umknął jeden drobiazg. Ławeczki – ładnie, kioski z gazetami i napojami – korzystnie, zielona trawka i wietrzyk od Wisły – przyjemnie, ale gdzie są, Drogi Panie Inżynierze… ustępy? O wszystkim pomyśleli, ale o tym zapomnieli. Toteż warszawiacy z radością pędzili na spacery nad Wisłą, ale po chwili z bólem brzucha musieli porzucać to urocze miejsce i z zawrotną prędkością gnać do cywilizacji, gdzie o latrynach nie zapomniano.

Pod tym kątem Plac Litewski udał nam się zdecydowanie lepiej! W miejscu poprzedniego, starego szaletu stoi teraz nowoczesny, szklany budynek, w którym zapewne komfort zadowoli nawet najbardziej wymagającego klienta (przepraszam, jeszcze nie miałem przyjemności tego sprawdzić osobiście, więc pozostaję w domysłach). Natomiast bez przyjemności przekonałem się o innym braku. Wybrałem się na Plac, by migawką aparatu uwiecznić nowy wygląd – szczególnie mi zależało na obrazku tryskającego w błękitne niebo wodotrysku. Przybyłem na miejsce, wyciągnąłem aparat, złapałem błękit nieba nad kościołem pw. św. Piotra i Pawła, ale kiedy podszedłem pod fontannę, to niebo pokryło się stalą, z której lunął ulewny deszcz. Zaskoczył mnie do tego stopnia, że nie zdążyłem w porę pomyśleć o ucieczce pod jakiś dach. Stanąłem pod jednym z drzew. Chwilę stałem pełen optymizmu, że zaraz chmura przeleci, ale kiedy usłyszałem pioruny, zrozumiałem, że utknąłem na dobre.

Kulić się pod drzewem w takich warunkach nie jest zdrowo! Zacząłem się więc rozglądać za kawałkiem dachu. Najbliżej miałem do wspomnianego wyżej szaletu, ale nie wiem, czy i za to opłaty jakiejś ze mnie nie zedrą. Dalej jest przystanek autobusowy. Przystanek jest, a pod jego daszkiem już tłum się kłębi. Problem w tym, że nawet, gdyby nie było ludzi, to i tak ten daszek nie daje wystarczającej ochrony, bo najwidoczniej jego zadaniem jest jedynie ładnie wyglądać, ale nie osłaniać od opadów (nie ma się czemu dziwić, skoro projektowany i odbierany był przez osoby, które z komunikacji miejskiej nie korzystają, toteż wygoda oczekujących tam ludzi jest im obojętna). W drugą stronę kierując wzrok, można nasycić się nadzieją pod portykiem Wydziału Politologii, jednakże bieg przez kilkadziesiąt metrów pod ulewnym deszczem nie wzbudził we mnie entuzjazmu. Spędziłem więc półgodziny pod drzewem i kiedy deszcz ustał poszedłem na przystanek, by wrócić do domu, bo mi się odechciało fotografowania.

Przez te półgodziny nie tylko z bólem zauważyłem, że nie ma już naszego kochanego Baobabu, który – jak właśnie przeczytałem w Internecie – ścięto pod koniec maja, ale także dokładnie rozejrzałem się po Placu. Co prawda nic nie może się mierzyć z fontannami Peterhofu, ale wodotrysk korzystny postawiono, ławek dookoła jest więcej, niż poprzednio, plac wygląda korzystnie… Nie wątpię, że wszyscy będą spędzać tam miłe chwile w słoneczne dni. Ale, dlaczego nie pomyślano o chwilach deszczowych i problemie, gdzie się wówczas skryć?

Zobacz profil polityka: Wojciech Rogowski

Komentarze